RSS
wtorek, 17 listopada 2009
moje

Długi dzień dziś, jak co wtorek zresztą, rozpoczęty niesamowicie pozytywnie, a zakończony wraz z klasą która chyba do moich ulubionych nie bedzie należeć, a może to jedynie pierwsze wrażenie. Lekcję poprowadziłam chyba nieźle, oprócz małych technicznych problemów ze strony klasy, hmm, konkluzja na koniec jest taka, że bycie nastolatkiem to strasznie trudny i głupi czas, dobrze że mam już to za sobą:-)

Poza tym pozytywnie, dziś dostałam nareszcie swój długo oczekiwany rower, dzięki czemu przemieszczanie się z jednej szkoły do drugiej stanie się możliwe nawet podczas dziesięciominutowej przerwy. Kolejna rzecz to karnet na basen, no i pieniężny zapas z banku, dzięki któremu moja lodówka będzie pełna przez kolejny miesiąc. Gotówkowy przypływ uczciłam egipską(!) pizzą na wynos.. (egipska pizza we Włoszech to raczej rarytas, ale taki właśnie szyld miała owa pizzeria, co wydało mi się dość zabawne..), czterema stemplami w pizzeryjnej książeczce stałego klienta, gdzie przy dziecsiątej pizzy jedenasta jest gratis... głupawą komedią i wineeeem! Taki leniwy wieczór miałam, choć zasłużony myślę, a jutro dwie lekcje jedynie, biblioteka popołudniem, no i może znajdę w końcu czas i chęci na uporządkowanie mojego pałacu.

Wczoraj upłynęły trzy tygodnie odkąd przyjechałam i myślę że fajnie mi tu, odnajduję się na pewno, obowiązki sprawiają mi przyjemność, i wraz z rowerem, kartą w bibliotece, szkolną szafką z imieniem i ulubioną kawiarnią, powoli wsiąkam w tutejszy klimat.

No i rzecz jasna, wspaniali ludzie dookoła, Mattia, Franceska, Danila, Pani z sekretariatu i Pani z korytarza, wszyscy są życzliwi i baaaardzo, bardzo pomocni. Nie mogę nie wspomnieć też o Sandro, to szkolny konserwator, który zagajał rozmowę podczas monotonnej drogi do banku, i który niestety wyznaje zasadę, że im więcej słów użyje na temat niezrozumiałego dla mnie zdania po włosku, tym bardziej będzie to dla mnie przystępne..Upss, nie bardzo chyba, w takich momentach niezastopiąne pozostaję potakiwanie głową, wtrącając co jakiś czas niewielkie, choć jak bardzi wymowne "si".

Fotka ze spaceru, w tle Tirano w całej swej okazałości, coraz bardziej mi bliskie.

 

 

23:33, alesandraola
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 listopada 2009
nie

Dziś dałam popalić małym włoskim skurczybyczkom z attitiudinal school! he! Klasa pełna piętnastoletnich młodych mężczyzn, która została na szczęście podzielona na dwie grupy, i jak się dowiedziałam już później, mi przypadła zaszczytnie ta lepsza połowa.Chłopcy jak to chłopcy w tym wieku, z nauką nie chcą miec wiele wspólnego, więc trudno było ich ujarzmić, ale myślę że po kilku logistycznych poprawkach, zamianie ławek i aktywnym wypytywaniu, cel został osiągnięty:-)  I choć  mimo początkowej obawy, muszę przyznać że zajęcia sprawiły mi olbrzymią frajdę, yeah!

" Nie" w tytule, dla późnych wyjść pubowych, wczoraj byłam właśnie na takowym, a dziś poranek był wczesny i do łatwych nie należał. Życie nocno towarzyskie zostawiam więc sobie na weekendy..

We wtorek byłam w Bresci, odebrałam swoje pierwsze pocket money, które już w większości roztrwoniłam, w powrotnym szale zakupów i podczas miejscowego świątecznego targu, także pozstaje zacisnąć pasa i czekać do grudnia.

Zamieszczam foty z powolontaryjnego spotkania w japońskiej restauracji. Miejsce fajne, choć jedzenie pałeczkami nie przypadło mi do gustu, zdecydowanie preferuję widelec, tudzież łyżkę. To tyle, póki co mam okienko, za chwilę więc znów uciekam do szkoły. Ciao!

11:17, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2009
filozoficznie

"Twenty years from now you will be more dissapointed by the things you didn't do by than the ones you did do. So throw off the bowlines, sail away from the safe harbour, catch the trade winds in your sails. Explore. Dream. Discover." Mark Twain

Trafiłam na myśl taką podczas surfowania po internecie, spodobała mi się bardzo, więc umieszczam.

Tak sobie myślę, że te wszystkie możliwości które mam tu przed sobą, wystawiają mnie na próbę trochę, prawdę mówiąc za każdym razem kiedy staję na przeciwko nowej klasy i uczniów, dosięga mnie niesamowity stres, który przełamuję jakoś bo innego wyjścia nie mam. Działam więc w kierunku, który sobie wyznaczyłam i pnę do przodu, tak żeby łamać bariery, które były trudne a nawet niemożliwe, no i później żeby nie być rozczarowaną, bo taką być na pewno nie chcę. Dziś udało mi się wdrożyć moją w klasę w temat który przygotowałam, byli aktwni i ciekawi. To cieszy. Kolejna lekcja to czytanie tekstu, zaawansowanego dość, gdzie czasem słownictwo uderzało mnie trochę, skserowałam więc materiał i zamierzam się poduczyć. Byle do przodu.

No więc tak, droga na następne osiem miesięcy to Tirano. Mam nadzieję że z czasem stanie się też ono moim kolejnym 'safe harbour'.

A! No i Mattia, super osoba, fajny, troskliwy kumpel i mimo że znamy się od dwóch tygodni, niesamowicie się dogadujemy, spędzamy ze sobą dużo czasu i na pewno to mój kuchenny guru. Dobrze, że jest bo jest komu ponarzekać, pośmiać się (!), poznać dość krytyczne zdanie Włocha o Włochach ( choć ja myślę i otwarcie mu powtarzam że on Włochem nie jest), posłuchać kogoś, kto mówi mądrze, choć czasem za dużo;-), no i nareszcie, ktoś kto przyjdzie i ugotuje obiad:-). Mattia.

 

Dziś filozoficznie bardzo, ale tak właśnie miało być:-).

12:34, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2009
io sono polacca

Dziś piątek, a piątek oznacza koniec szkoły dla mnie. Ten tydzień to głównie wdrażanie się w obowiązki, organizacje przeróżne, poznawanie co poniektórych klas, no i nareszcie mój plan zajęć. Więc oto jestem, teacher assistant wolontariusz ola, ze swoim własnym siedamnastogodzinnym skedżulem w szkole, plus zajęcia w lokalnej bibliotece w wymiarze godzin sześć w tygodniu. Niby nie wiele, ale i tak każde popołudnie mam zajęte, przez zajęcia rózniaste, więc nudzić się nie nudzę, i na nadmiar pracy też nie narzekam. W pracę z młodzieżą dopiero wsiąkam, klasy ogólnie przyjazne i otwarte, uczniowie dość aktywni, służą pomocą na narciarskim stoku i wieczorami w miejscowym pubie:-) Pytania są przeróżne, od tego po co tu jestem tak właściwie, przez mój ulubiony kolor ( co wynika chyba bardziej z miernego poziomu języka:-)), po pytania o to co najbardziej lubię w mężczyznach i posiadania przeze mnie konta na facebooku. Pracuję z sześcioma nauczycielami, w tym pięcioro z nich to angliści, pozostały rodzynek to pan Spada, od dumnego przedmiotu GeoScience, w ramach którego mam być też zaangażowana w projekt o oszczędzaniu energii. Przez kolejne trzy tygodnie mamy się niespotykać jednak, jako że owe godziny zajęć mają być przeznaczone na sex education, w których rzecz jasna uczestniczyć mogę, więc korzystam z możliwości, jako że wiek dwudziestu czterech lat to najwyższy moment w którym kształcić się w danym temacie trzeba. Dziś uświadczyłam też pierwszej lekcji włoskiego z moim włoskim nauczycielem, który spotkanie rozpoczął dość niepewnie od "What do I have to do with you?" :-). W rezultacie okazał się jednak dość sprawnym i konkretnym gościem, choć rzecz jasna nie obyło się bez wpadki, tym razem historyczno- ignoranckiej, na temat nieznajomości daty którą chyba każda wykształcona osoba znać musi:-). Moja niewiedza i zakłopotanie zostaly skomntowane jednak tym, że nikomu o wpadce nie wspomni, więc póki co nie jestem skończona:-). Prawdę mówiąc nie mogę doczekać się momentu większego obycia z językiem włoskim, to ułatwi wiele rzeczy na pewno, a zresztą język mi się podoba, jest dźwięczny i miły dla ucha.

Dziś pogoda w Tirano paskudna, ranek przywitał mnie siąpiącym deszczem i mgłą oplatającą góry, za to wczoraj było przepięknie, pocykałam więc foty, które zamieszczaaam.

Sennie, wskakuję więc pod kołdrę, by o 20 rozpocżąć nalezycie weekendowy night life. Ciao!

15:56, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009
start

Jutro mój wielki dzień- pierwszy dzień w szkole, nie mogę się doczekać, choć z drugiej strony jestem pełna obaw, ale w końcu to to na co czekałam i co tak bardzo chcę robić, więc myślę że będzie dobrze.

Dziś wyruszyliśmy do Livigno, przekroczyliśmy na chwilę szwajcarską granicę, by znowu być we Włoszech. Pogoda nie sprzyjała, po drodze napotkaliśmy śnieg i kręte, zdradliwe trasy. W samym Livigno, które pełne jest sklepów wolnocłowych, zakupiłam odtwarzacz mp3 (! :-) ), zrobiłam lodówkowe zakupy i cieszyłam się widowkiem Żubrówki na półkach. W drogę powrotną śnieg przysypał nas niestety trochę mocniej, ratowaliśmy więc łańcuchami przydrożnie zaparkowane samochody, sami też zaliczyliśmy poślizg, niby niegroźny ale z kołem do wymiany. Tirano przywitało nas z powrotem deszczem, mam nadzieję jednak że jutro się wypogodzi, taka pogoda nie sprzyja zbytniemu optymizmowi. Idę spać więc, kto może niech trzyma kciuki za jutro:-)

Zamieszczam moje pierwsze włoskie foto, a drugie to dowód że śnieg był, był poślizg i było pięęęęknie, bo śnieżnie..

Livigno.

Prawie świątecznie.

23:28, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009
molto

Bilans minionego tygodnia to zdecydowanie za dużo jedzenia, wina i języka włoskiego który otacza mnie zewsząd i którego ni w ząb nie rozumiem. Od jutra przejmuje klucze od siłowni, która znajduje się za moim mieszkankiem i rozpoczynam gimnastyczne sesje. Jako, że jedzonko jest tym czemu odmówić jest ciężko, ćwiczenia zbilansują jego nadmiar. Weekend upłynął koncertowo- pubowo, mieszanka czysto egzotyczna bo raz regge, raz rock, jednak teraz z jeszcze większą energią chciałabym wdrożyć się w szkolne obowiązki, ruszam od wtorku, w każdym razie tak mi powiedziano. Dotychczasowe zajęcia w bibliotece też były spoko, jednak szkoła to coś na co niewątpliwie czekam:-)

Dziś z okazji dnia wszytskich świętych wybrałam się na cmentarz, posłuchałam lokalnych wieści, pocykałam fotki, a później kawowaliśmy się w kawiarni, i mimo że smakoszem kawy nie jestem, muszę jednak te nasze wyjścia wliczyć w codzienna rutynę, jeśli nie chcę wypaść z włoskiego obiegu rozrywek.

Wklejam parę fot, choć prawdziwą zdjęciową Tiranową sesję mam jeszcze przed sobą, muszę zatem zdążyć przed lawiną śniegu, która pewnie potrzyma do marca.

Jutro Szwajcaria, spacer samochodem, ma być pięknie podobno, więc biorę aparat. Ciao!

Tirano

 

18:50, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009
due mani per giocare

Kasztaniaki wyszły super, prawie jak gofry, choć niezupełnie:-) na pamiątke wklejam fotę, co by nie było że nie jadłam. Dziś kolejna super niespodzianka, darmowy bilet do kina na rok 2009/2010 na wszytskie seanse, oprócz sobot w całej Valtelinie. Yeah!:-)

 

14:01, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2009
john titor i pieczone kasztany

Jeszcze przed wyjazdem z Polski planowałam uciąć grzywę moja lwią, jednak że jako ja totalnie niezorganizowana więc czasu malo, fryzjer umknął gdzieś w ferworze przygotowań. Dzisiaj jednak wizytę u fryzjera zaliczyłam i to niespodziewanie podczas psychologicznego spaceru z Mattią. Nie ma co bo fryzjer najlepszy w Tirano podobno, z grzywką uporał się raz dwa i z uśmiechem oznajmił że usługa jest gratis. Niestety w tym wypadku to nie mój urok osobisty raczej ale zasługa i znajomość Matti:-) W każdym razie doświadczenie miłe, ukłoniłam się w pas, i nareszcie jestem w stanie widzieć więcej. Teraz czekam na Matiię, wrzucamy kasztany na ruszt, przyrządzamy rissoto ( Mattiaaa...), ja popijam Guinessa i wyruszamy na próbę John Titor i spotkanie w miejscowym pubie. Jestem zmęczona, noc była jakaś niemrawa, więc namiętnie popijałam kawę przez cały dzień, gdzie też miałam okazję doświadczyć Włoską niepośpieszność, co chyba w zasadzie bardzo mi nie przeszkadza, miałam przynajmniej czas by uświadczyć trochę nauki Włoskiego i pomarudzić Matii. Idę.

 

19:11, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009
dużo

Dużo się wydarzyło dziś.. O poranku niespodziewana wizyta Franceski u mnie w mieszkaniu, gdzie odbywałam swój piżamowy poranny rytuał, moje szybkie ogarnięcie i zwiedzanie szkoły. Poznałam część szkolnego personelu, wszyscy uśmiechnięci i życzliwi, i mimo że tak naprawdę niewiele osób mówi po angielsku, odczułam ogólne poruszenie, co po raz kolejny przyprawiło mnie o dziarski uśmiech na twarzy. Późniejsze cappucino i rogalik z dżemem w tutejszej kawiarni nadal w towarzystwie Franceski, było dopełnieniem dzisiejszego poranka. Rozmawiałyśmy dużo, ja pytałam głównie, Franceska okazala się być niesamowicie przeciepłą osóbką. Na informację o tym, że lubię pływać zaproponowała wspólny basen, a po informacji że nie mam ze sobą kostiumu, zaproponowała mi swój własny, co było totalnie zaskakujące, ale bardzo miłe na pewno:-) Kolejne spotkanie z Mattią- moim duchowym, osobistym przywódcą i mentorem, zajęło mi sporą część dnia, wyruszyliśmy w góry ku mojej radości, jednak chyba z prawdziwym wypadem w góry miało to mało wspólnego, ot spacerek taki:-). Mattia- extra, na pewno pomocny, w każdym razie zaoferował się w pomocy w kuchni, co ucieszyło mnie strasznie- wygląda na to że nie będę musiała ograniczać się jedynie do jajecznicy. W każdym razie podczas wspólnego wypadu, zebraliśmy siatkę kasztanów, które mamy przyrządzić kiedyś tam, boję sie trochę bo nigdy ich nie jadłam i raczej kasztany kojarzą mi się z lekcjami techniki. kasztanowymi ludkami i jeżami z kolcami z zapałek. Spotkanie zakończyliśmy zakupami w supermarkecie i kolejną cappucino. W między czasie odezwała się też ponownie Franceska, zapraszając na wspólną kolację na co przystałam mimo zmęczenia z nieukrywaną radością. Kolacja, to pierwsza moja włoska pizza tu, w towarzystwie dzieci i męża Franceski, która upłynęła super, zresztą sam gest z jej strony był niesamowity. Kolejną rzecz, jaką było moje wspomnienie o moim nieprzwyknięciu do mieszkania w pojedynkę i ciemnych, samotnych wieczorów, Franceska skwitowała zaproszeniem do siebie na noc, w każdym razie kiedy mam tylko na to ochotę:-)

Dzień świetny, ze świadomością posiadania wielu życzliwych ludzi dookoła, mimo że to dopiero początek. Nie chce zapeszać ale raduje mi się serducho a energii mam mnóstwo! Dużo planów, wizji, propozycji i możliwości na wyciągniecie dłoni. Ech! Italia.

22:06, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
jestem

Państwowym kolejom niestety ufać nie można, albo to po prostu nazywa się nie mieć farta, ale pekapowy dyliżans zatrzymał się w szczerym polu tuż przed Warszawą Centralną i ruszyć nie chciał, to znaczy chciał ale z godzinnym opóźnieniem.. W tym wypadku, jako że wizja odlatującego samolotu beze mnie spowodowała u mnie ściśnięcie żolądka i niepohamowany wzrost adrenaliny, wraz z "iks" dziewczyną z pociągu, dzielnie postanowiłyśmy przedrzeć się przez kolejowe trakcje wzdłuż torów do najbliżej ulicy głównej, ja z moją ponad dwudziestokilową walizą na kółkach i bagażem podręcznym, po ciemku, przy ociekającym deszczu. Walizę tachałyśmy razem, za co jestem ogromnie wdzięczna dziewczynie 'iks', myślę że w pojedynkę poszło by znacznie gorzej. Później, jako że dotarcie na 'centralny' wiązało się z niemałym czasowym ryzykiem, zadzwoniłam po warszawskiego 'night drivera', który okazał się kruchą panią w bmw, w dresie z przebrzydle różowymi, długaśnymi tipsami. Owa pani jednak okazała się być ulicznym wymiataczem, i omijając wszystkie możliwe korki, odstawiła mnie na lotnisko pięć minut przed zamknięciem odprawy..uff. W obłoconych buciorach dotarłam więc na pokład samolotu, gdzie zasnęłam jeszcze przed startem, później przebudziłam się już jedynie na pokładową kanapkę(!), a po niecałych dwóch godzinach przywitało mnie ciepłe powietrze Mediolanu. Dalsza podróż upłynęła busowo-pociągowo-senno-monotonnie, po czym o 16.50 dotarłam na końcową stację, jaką jest 'moje' ośmiomiesięczne TIRANO. Na dworcu czekała na mnie Danila- mentorka, po uściskach i pytaniach o drogę wsiadłyśmy do samochodu, by po kilku minutach jazdy, i przekroczeniu terenu miejscowej szkoły zawitać do mojego mieszkanka.

Jestem więc tu, dziś mija drugi dzień, po rozmowie z Danilą i rozpakowaniu bagaży, zaczynam powoli się aklimatyzować. Ku mojej radości lodówka i część szafki zostały zaopatrzone, co daje mi zapasy na kilka najbliższych dni, jednak już później królestwo zakupów będzie należeć do mnie:-) By uczcić swój przyjazd, jako że posiadam wybitny talent kulinarny, zrobiłam sobie nawet makaron z sosem, który przygotowałam także dzisiaj, jednak tu chyba gama różnorodości się kończy, od jutra jajecznica i naleśniki.

Co do miasteczka.. Idąc dziś na moje pierwsze wolontaryjne prace do miejscowej biblioteki, miałam okazję pierwszy raz zobaczyć Tirano, w dodatku skąpane w słońcu, po prostu piękne, górzyste, magiczne. To miejsce pełne małych sklepików, kawiarenek ze stolikami na zewnątrz, gdzie starzy Włosi popijają popołudniami kawę, gdzie rowery stoją zaparkowane w wąskich uliczkach, nie unieruchomione łańcuchami i gdzie życie toczy się chyba wolniej. Hmm. Miasteczkowy klimat udzielił się mojej euforii i chyba wywołał błogi uśmiech na twarzy, którego nie pozbyłam się ani przez chwilę maszerując tutejszymi ścieżkami. Miałam też chęć uwiecznić kilka miejsc moim super ekstra aparatem, ale że szybko zaczęło się ściemniać, zdjęcia są wątpliwej jakości, także wrzucam jedno, przedsmak taaaki:-) ciao!

00:55, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6