RSS
piątek, 30 października 2009
due mani per giocare

Kasztaniaki wyszły super, prawie jak gofry, choć niezupełnie:-) na pamiątke wklejam fotę, co by nie było że nie jadłam. Dziś kolejna super niespodzianka, darmowy bilet do kina na rok 2009/2010 na wszytskie seanse, oprócz sobot w całej Valtelinie. Yeah!:-)

 

14:01, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2009
john titor i pieczone kasztany

Jeszcze przed wyjazdem z Polski planowałam uciąć grzywę moja lwią, jednak że jako ja totalnie niezorganizowana więc czasu malo, fryzjer umknął gdzieś w ferworze przygotowań. Dzisiaj jednak wizytę u fryzjera zaliczyłam i to niespodziewanie podczas psychologicznego spaceru z Mattią. Nie ma co bo fryzjer najlepszy w Tirano podobno, z grzywką uporał się raz dwa i z uśmiechem oznajmił że usługa jest gratis. Niestety w tym wypadku to nie mój urok osobisty raczej ale zasługa i znajomość Matti:-) W każdym razie doświadczenie miłe, ukłoniłam się w pas, i nareszcie jestem w stanie widzieć więcej. Teraz czekam na Matiię, wrzucamy kasztany na ruszt, przyrządzamy rissoto ( Mattiaaa...), ja popijam Guinessa i wyruszamy na próbę John Titor i spotkanie w miejscowym pubie. Jestem zmęczona, noc była jakaś niemrawa, więc namiętnie popijałam kawę przez cały dzień, gdzie też miałam okazję doświadczyć Włoską niepośpieszność, co chyba w zasadzie bardzo mi nie przeszkadza, miałam przynajmniej czas by uświadczyć trochę nauki Włoskiego i pomarudzić Matii. Idę.

 

19:11, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009
dużo

Dużo się wydarzyło dziś.. O poranku niespodziewana wizyta Franceski u mnie w mieszkaniu, gdzie odbywałam swój piżamowy poranny rytuał, moje szybkie ogarnięcie i zwiedzanie szkoły. Poznałam część szkolnego personelu, wszyscy uśmiechnięci i życzliwi, i mimo że tak naprawdę niewiele osób mówi po angielsku, odczułam ogólne poruszenie, co po raz kolejny przyprawiło mnie o dziarski uśmiech na twarzy. Późniejsze cappucino i rogalik z dżemem w tutejszej kawiarni nadal w towarzystwie Franceski, było dopełnieniem dzisiejszego poranka. Rozmawiałyśmy dużo, ja pytałam głównie, Franceska okazala się być niesamowicie przeciepłą osóbką. Na informację o tym, że lubię pływać zaproponowała wspólny basen, a po informacji że nie mam ze sobą kostiumu, zaproponowała mi swój własny, co było totalnie zaskakujące, ale bardzo miłe na pewno:-) Kolejne spotkanie z Mattią- moim duchowym, osobistym przywódcą i mentorem, zajęło mi sporą część dnia, wyruszyliśmy w góry ku mojej radości, jednak chyba z prawdziwym wypadem w góry miało to mało wspólnego, ot spacerek taki:-). Mattia- extra, na pewno pomocny, w każdym razie zaoferował się w pomocy w kuchni, co ucieszyło mnie strasznie- wygląda na to że nie będę musiała ograniczać się jedynie do jajecznicy. W każdym razie podczas wspólnego wypadu, zebraliśmy siatkę kasztanów, które mamy przyrządzić kiedyś tam, boję sie trochę bo nigdy ich nie jadłam i raczej kasztany kojarzą mi się z lekcjami techniki. kasztanowymi ludkami i jeżami z kolcami z zapałek. Spotkanie zakończyliśmy zakupami w supermarkecie i kolejną cappucino. W między czasie odezwała się też ponownie Franceska, zapraszając na wspólną kolację na co przystałam mimo zmęczenia z nieukrywaną radością. Kolacja, to pierwsza moja włoska pizza tu, w towarzystwie dzieci i męża Franceski, która upłynęła super, zresztą sam gest z jej strony był niesamowity. Kolejną rzecz, jaką było moje wspomnienie o moim nieprzwyknięciu do mieszkania w pojedynkę i ciemnych, samotnych wieczorów, Franceska skwitowała zaproszeniem do siebie na noc, w każdym razie kiedy mam tylko na to ochotę:-)

Dzień świetny, ze świadomością posiadania wielu życzliwych ludzi dookoła, mimo że to dopiero początek. Nie chce zapeszać ale raduje mi się serducho a energii mam mnóstwo! Dużo planów, wizji, propozycji i możliwości na wyciągniecie dłoni. Ech! Italia.

22:06, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
jestem

Państwowym kolejom niestety ufać nie można, albo to po prostu nazywa się nie mieć farta, ale pekapowy dyliżans zatrzymał się w szczerym polu tuż przed Warszawą Centralną i ruszyć nie chciał, to znaczy chciał ale z godzinnym opóźnieniem.. W tym wypadku, jako że wizja odlatującego samolotu beze mnie spowodowała u mnie ściśnięcie żolądka i niepohamowany wzrost adrenaliny, wraz z "iks" dziewczyną z pociągu, dzielnie postanowiłyśmy przedrzeć się przez kolejowe trakcje wzdłuż torów do najbliżej ulicy głównej, ja z moją ponad dwudziestokilową walizą na kółkach i bagażem podręcznym, po ciemku, przy ociekającym deszczu. Walizę tachałyśmy razem, za co jestem ogromnie wdzięczna dziewczynie 'iks', myślę że w pojedynkę poszło by znacznie gorzej. Później, jako że dotarcie na 'centralny' wiązało się z niemałym czasowym ryzykiem, zadzwoniłam po warszawskiego 'night drivera', który okazał się kruchą panią w bmw, w dresie z przebrzydle różowymi, długaśnymi tipsami. Owa pani jednak okazała się być ulicznym wymiataczem, i omijając wszystkie możliwe korki, odstawiła mnie na lotnisko pięć minut przed zamknięciem odprawy..uff. W obłoconych buciorach dotarłam więc na pokład samolotu, gdzie zasnęłam jeszcze przed startem, później przebudziłam się już jedynie na pokładową kanapkę(!), a po niecałych dwóch godzinach przywitało mnie ciepłe powietrze Mediolanu. Dalsza podróż upłynęła busowo-pociągowo-senno-monotonnie, po czym o 16.50 dotarłam na końcową stację, jaką jest 'moje' ośmiomiesięczne TIRANO. Na dworcu czekała na mnie Danila- mentorka, po uściskach i pytaniach o drogę wsiadłyśmy do samochodu, by po kilku minutach jazdy, i przekroczeniu terenu miejscowej szkoły zawitać do mojego mieszkanka.

Jestem więc tu, dziś mija drugi dzień, po rozmowie z Danilą i rozpakowaniu bagaży, zaczynam powoli się aklimatyzować. Ku mojej radości lodówka i część szafki zostały zaopatrzone, co daje mi zapasy na kilka najbliższych dni, jednak już później królestwo zakupów będzie należeć do mnie:-) By uczcić swój przyjazd, jako że posiadam wybitny talent kulinarny, zrobiłam sobie nawet makaron z sosem, który przygotowałam także dzisiaj, jednak tu chyba gama różnorodości się kończy, od jutra jajecznica i naleśniki.

Co do miasteczka.. Idąc dziś na moje pierwsze wolontaryjne prace do miejscowej biblioteki, miałam okazję pierwszy raz zobaczyć Tirano, w dodatku skąpane w słońcu, po prostu piękne, górzyste, magiczne. To miejsce pełne małych sklepików, kawiarenek ze stolikami na zewnątrz, gdzie starzy Włosi popijają popołudniami kawę, gdzie rowery stoją zaparkowane w wąskich uliczkach, nie unieruchomione łańcuchami i gdzie życie toczy się chyba wolniej. Hmm. Miasteczkowy klimat udzielił się mojej euforii i chyba wywołał błogi uśmiech na twarzy, którego nie pozbyłam się ani przez chwilę maszerując tutejszymi ścieżkami. Miałam też chęć uwiecznić kilka miejsc moim super ekstra aparatem, ale że szybko zaczęło się ściemniać, zdjęcia są wątpliwej jakości, także wrzucam jedno, przedsmak taaaki:-) ciao!

00:55, alesandraola
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2009
soon

Właśnie załóżyłam bloga, za bardzo nie wiem jeszcze jak się po nim poruszać, ale jak już tylko poznam tajniki to postaram się pisać długo i skrzętnie. No cóż dziś wyjazd, ja w proszku jak zwykle, dobrze że walizka wystawiona, chociaż w sumie to ona nawet wstawiona nie była. 23:40, wyruszam więc pekapowym dyliżansem, samolot mam o 7:45, mam nadzieję że zdąże, bo to trochę tak na styk, no nic pozostaje tylko zaufać PKP i wziuuum w drogę.

Następny wpis z 'gorącej' Italii już, mam nadzięję że dotrę jakoś. Ciao!

10:03, alesandraola
Link Dodaj komentarz »